comment 0

Święta Błotnego Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy brodząc w błocie. To normalne w Nowej Zelandii – po prostu gdy nie świeci słońce to zamiast śniegu pada błoto. Obudziłem się około szóstej i jak zwykle mocno ociągałem się ze wstawaniem. Tego świątecznego poranka chciałem jeszcze zadzwonić do rodziny, gdy siedzieli przy wigilijnym stole (u nich akurat dochodziła siódma wieczorem). To był pierwszy raz kiedy nie było mnie w domu na Święta. Cóż, oni zazdrościli mi wyprawy, a ja im zastawionego potrawami stołu (a zwłaszcza pierogów)…

Z Waitomo wyszliśmy dość późno. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tyle jedzenia do spakowania, więc trochę nam to zajęło. Makarony, noodle, czekolady, czipsy (z których spuściliśmy powietrze żeby zajmowały mniej miejsca), masło orzechowe, tortille, nutella, kandyzowane owoce, nasiona słonecznika – 12 świątecznych potraw, a zamiast sianka pod obrusem – resztki trawy w skarpetach. Miało padać, ale oduczyliśmy się wierzyć w jakąkolwiek prognozę pogody poza tą, która jest akurat w danym momencie. Tylko ona się sprawdza w tym kraju. Tak było i tym razem – było pochmurno, ale nie padało. Pożegnaliśmy się z trójką wesołych Brytyjczyków, którzy zostali na ten dzień w domku i rozpoczęliśmy bożonarodzeniowy odcinek do kempingu w Rezerwacie Mangaokewa za miasteczkiem Te Kuiti.

Tym razem zamiast chodzić po drogach tylko je przecinaliśmy. Zaczęło się klasycznie od gęstego buszu, czyli błoto i mokre buty na dzień dobry. Do tego trochę paproci za kołnierzem. Po jakimś czasie przekroczyliśmy strumyk kładką i weszliśmy w mały, ale przepiękny rezerwat ze strzelistymi drzewami. Szkoda tylko, że to był taki krótki odcinek.

Dalej znów powtórka z rozrywki. Z pastwiska na pastwisko. Z góry na dół i znów pod górę. Tu przeskoczyć płotek, tu przejść przez bramkę. W międzyczasie przerwa na busz albo las i spowrotem na pastwisko. Pogoda generalnie była stabilna, a nawet całkiem obiecująca. Zrobiliśmy przerwę na lunch i jak tylko ruszaliśmy dalej, nagle się zaciągnęło i zaczęło grzmieć. Na domiar złego akurat mieliśmy wchodzić na wzgórze. Nie mogło wcześniej padać? Cóż… Postaliśmy chwilę, poobserwowaliśmy chmury i zdecydowaliśmy się wejść na górę. Chmura zdawała się przemieszczać nieco dalej. W końcu i tak nas złapała. Przechodziliśmy przez lądowisko dla lokalnych samolotów i mieliśmy stamtąd widok na dwie ulewy. Jedna przed nami, druga za nami. Ta druga nas dopadła jak byliśmy na wzgórzu. Przyszła, zmoczyła i poszła. Znów poobserwowaliśmy chmury (bo zaczęło grzmieć) i kontynuowaliśmy wędrówkę przez pastwiska.


W końcu doszliśmy do Te Kuiti. Miasteczko było puściutkie, w końcu było Boże Narodzenie. Nie liczyliśmy za bardzo na żaden otwarty sklep, jednak stacja benzynowa działała i nawet nie mieli zabójczych cen! Jak zwykle kupiliśmy po Fancie i z przyjemnością obaliliśmy podjadając czipsy i gapiąc się na ulicę. Prawie wszystkie samochody, jakie wtedy widziałem były prowadzone przez Maorysów. Biali Nowozelandczycy siedzieli w domach obchodząc Święta.

Ruszyliśmy dalej w stronę biwaku. Zaraz za miastem zeszliśmy z drogi i weszliśmy do Rezerwatu Mangaokewa. Droga początkowo wiła się wzdłuż rzeki, po jakimś czasie weszliśmy nieco wyżej i w końcu poczułem się trochę jak w górach. Widok na dolinę, w którą mieliśmy się zagłębić był niesamowity. Zeszliśmy bliżej wody i podążaliśmy szlakiem po lesie. Trasa była dość dobrze utrzymana, co jakiś czas mijaliśmy mały malowniczy strumyk.


Robiło się już późno. W końcu naszym oczom ukazała się kładka linowa i kemping po drugiej stronie. To był nasz cel. Dotarliśmy po 19:00. Rozejrzeliśmy się trochę i rozbiliśmy namioty. Na obiad tortille z pseudonutellą. O matko, jakie to było słodkie… bomba cukrowa. Po kempingu kręciły się dwa szczury (jakby pisał Michał to byłyby myszy), więc zabezpieczyłem jedzenie na wypadek nieproszonych gości w nocy. Następnego dnia czeka nas trudny odcinek. Lepiej się wyspać.

Zostaw odpowiedź