komentarz: 1

Praca na dwa etaty

Nie spodziewaliśmy się tego, że nasze urlopy będą przypominały zmory dotychczasowego życia. Stało się jednak inaczej. Szlak Te Araroa zaabsorbował cały czas, którym dysponowaliśmy, a sama wyprawa coraz mniej miała wspólnego z „wakacjami”. A przynajmniej z takimi, o których marzy przeciętny Kowalski…

Porównanie naszej podróży do pracy na dwóch etatach wydaje się nam odpowiednie. Zdajemy sobie sprawę jak abstrakcyjnie brzmi to stwierdzenie z perspektywy codzienności gdańszczan, gdynian czy warszawiaków. Dlatego czujemy potrzebę opisania standardowego dnia „TA Hikera” (przydomek wszystkich podróżujacych najdłuższym szlakiem Nowej Zelandii).

Na początku naszej wyprawy wstawaliśmy o 6 – 7 rano. Myliśmy się w miarę możliwości. Składaliśmy namioty. Pakowaliśmy cały nasz dorobek do plecaków, rozgrzewaliśmy mięśnie i o 7.00 – 8.00 wychodziliśmy na trasę. Zarówno na początku jak i na końcu podróży nasze poranki wyglądały podobnie. Choć z upływem dni nabieraliśmy wprawy w codziennych czynnościach, tak niemal zawsze potrzebowaliśmy godziny aby się ogarnąć. Nawet gdy noc spędzaliśmy w chatce poranek był monotonią znaną nam wszystkim z autopsji. Godzinę wyjścia zwykle ustalaliśmy poprzedniego dnia i zależała ona od tego jaki dystans będziemy pokonywać, jaka będzie pogoda, gdzie będziemy nocować – czy będziemy musieli rozkładać namioty, czy też będziemy ścigać się z innymi o miejsce w chatce. Dzięki „Trail Notes” (notatkom do szlaku) wiedzieliśmy czego możemy spodziewać się po kolejnym odcinku, np. jakie jest przewidywane tempo jego pokonania i czy będzie to sekcja błotnista, kamienista czy polna. Wszystkie te informacje pozwalały przewidzieć nam przybliżony czas marszu, a tym samym dobrać godzinę opuszczenia poprzedniego obozowiska.

Na początku naszej wyprawy pokonywane przez nas odległości były nieco krótsze w porównaniu do tych, które potrafiliśmy przejść pod koniec. Nic w tym dziwnego. Budowaliśmy naszą formę fizyczną, uczyliśmy się interpretować notatki do szlaku, szukaliśmy najlepszych nawyków aby usprawnić powtarzające się czynności. Dlatego do 1000 km czas spędzany na marszu kończył się około 16.00. Gdy tylko schodziliśmy ze szlaku, rozkładaliśmy namioty, jedliśmy obiad, rozciągaliśmy nasze mięśnie i o ile było to możliwe, braliśmy prysznic. To zajmowało nam jakieś 2 – 2,5 godziny. Można by uznać, że o 19.00 byliśmy wolni. Bynajmniej. Kolejną godzinę zajmowało nam spisanie notatki ze szlaku i analiza następnego odcinka. Później, o ile zachodziła taka potrzeba, szliśmy do sklepu w celu zaprowiantowania się na kolejny etap podróży. W tym momencie mijała kolejna godzina. Później siadaliśmy jeszcze na chwilę aby ogarnąć posta na bloga, informację na Facebooka i kilka zdjęć na Instagrama. I nagle okazywało się, że jest już koło 22. To najwyższy czas aby położyć się spać. Sen był nam bardzo potrzebny. TA to strasznie wyczerpujący szlak. Dlatego możliwość regeneracji zarówno ciała jak i umysłu, był jednym z ważniejszych elementów higieny.

Po 1000 km nabraliśmy dużo większej pewności siebie. Wzrosła nasza forma fizyczna. Mogliśmy zacząć pokonywać dłuższe odcinki szlaku. Poznaliśmy większość zagrożeń, które na nas czekały podczas marszu. Wiedzieliśmy jak sobie z nimi radzić. Coraz częściej na szlaku pojawiały się chatki. Mogliśmy maszerować przez 10 – 12 godzin dziennie. Chodzić ponad 35 km dziennie. Tym samym do punktów docelowych zaczęliśmy dochodzić o późniejszych porach (około 18 – 20). Ale niestety odbywało się to kosztem części obowiązków, które początkowo sami na siebie narzuciliśmy. Musieliśmy przecież zjeść i rozplanować kolejny dzień. Najłatwiej było zrezygnować nam z pisania postów na bloga i wrzucania zdjęć na Instagrama. I choć staraliśmy się wpleść te czynności do codziennych obowiązków tak było nam coraz trudniej. Im dalej maszerowaliśmy tym rzadziej mieliśmy zasięg sieci komórkowej. Coraz częściej byliśmy fizycznie wypompowani. Szczególnie na południowej wyspie gdzie niemal cały czas byliśmy w górach. Przejście ich z plecakiem o wadze około 15 – 20 kg, było na tyle wyczerpujące, że na koniec dnia nie mieliśmy siły patrzeć się w monitory naszych telefonów. Zdecydowanie większą frajdę sprawiało patrzenie wstecz, bądź przed siebie, i rekompensowanie sobie wysiłku fizycznego pięknymi widokami. Jest w górach coś niepowtarzalnego, coś co sprawia wielką satysfakcję. Moment, w którym po 10 godzinach wspinaczki (przypomnę, że z całym mandżurem potrzebnym do przeżycia), możesz usiąść na szczycie i pomyśleć sobie – „pokonałem tę górę”, „pokonałem swoje słabości”, „jeszcze 5 godzin temu byłem tam na dole”, „jest pięknie, warto było” jest jedną z piękniejszych chwil. Chcesz się nią nacieszyć. Zapamiętać jak najdłużej. Chłonąć.

Nawet nie mieliśmy ochoty myśleć o konieczności wrzucenia kolejnego posta na bloga. Ale teraz wszystko się zmieniło. Dysponujemy większą ilością czasu i zamierzamy całą naszą przygodę opisać. Mamy ambitne plany dotyczące publikacji. Obiecaliśmy samym sobie, że uzupełnimy wszystkie braki. Skompletujemy naszą multimedialną kronikę. Teraz przyszedł na to najwyższy czas.

Zostaw odpowiedź