comment 0

Powrót do Auckland

Z Orewa odliczaliśmy dystans do Auckland. Było to dla nas o tyle symboliczne, że wracaliśmy do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą przygodę równo miesiąc wcześniej. Do innych miejsc nie wracamy. Widzimy je tylko raz i idziemy dalej.

Z kempingu wyszliśmy dla odmiany dość późno. Nie spieszyliśmy się dlatego, że celowaliśmy w konkretne miejsce o konkretnej godzinie. Tak, znów czekało nas przejście przez wodę. Ujście rzeki Okura było oddalone o 12km, a odpływ miał być dopiero po 16. Droga była mało skomplikowana więc daliśmy sobie tyle czasu, żeby być tam jeszcze godzinę przed najniższym poziomem wody. Potraktowaliśmy temat poważnie, ponieważ czytaliśmy komentarze o wodzie sięgającej niektórym nawet do brody. To bardziej przepływanie niż przechodzenie. Z plecakami to mogłoby się nie udać. Droga nam sie dłużyła, było nudno i nieprzyjemnie, chodzenie po ruchliwych drogach nie należy do najmilszych. Całe szczęście po przerwie podreperowaliśmy tempo i dotarliśmy 40 minut przed czasem. Wszystko zabezpieczone, plecaki wysoko, kije w dłoniach. Podwinęliśmy rękawy i zabraliśmy się do roboty. Znaleźliśmy miejsce, które wyglądało na najwygodniejsze do przejścia i w moment się przeprawiliśmy. Woda sięgała nam w najgłębszym miejscu jedynie do pasa.

Nocleg zorganizowaliśmy przez Airbnb. Chińska rodzina, od której wynajęliśmy pokój poleciła nam tanią knajpę z dobrymi noodlami. Warto było, bo za 11 dolców od głowy każdy dostał michę świetnej, pikantnej zupy z wołowiną. To była jedna z lepszych rzeczy jakie jedliśmy w ostatnim czasie.

Rano rodzinka, widząc że zwijamy się bez śniadania spakowała nam szybko dwa jajka i trochę pieczywa tostowego. Dzień zapowiadał się całkiem miło, ale i gorąco. Ścieżka biegła wzdłuż wybrzeża przed bogatymi domami, raz po klifach, raz po plażach. Wartość niektórych domów, które mijaliśmy sięgała dobrych kilku milionów dolarów. Pierwszy rząd przy plaży. To, co zrobiło na nas dobre wrażenie to fakt, iż przestrzeń wzdłuż wybrzeża była cały szas dostępna dla mieszkańców. Tereny prywatne były ograniczone tak, aby można było zmieścić trochę przestrzeni publicznej, z której każdy mógł korzystać. I faktycznie ludzie to robili. Czy to w trakcie porannej przebieżki, spaceru z psem, czy po prostu po to aby posiedzieć na ławce z widokiem wartym miliony dolarów. Przechodziliśmy przez bogatą dzielnicę domków jednorodzinnych (w NZ prawie wszystkie domy są jednorodzinne). Przestrzeń publiczna była ewidentnie wyższej jakości, ale też ludzie o nią dbali. To był całkiem przyjemny spacer w pięknej słonecznej pogodzie.

Doszliśmy do promu, którym przedostaliśmy się na południową stronę zatoki, do centrum Auckland. Mieliśmy dobry widok z wody na panoramę miasta z charakterystyczną Sky Tower. Niestety trochę się zachmurzyło, zmienił się charakter przestrzeni i zeszliśmy z promu w nieco innej atmosferze. Podążaliśmy z wolna szlakiem przez miasto zastanawiając się, gdzie zatrzymać się na lunch.

Centrum Auckland nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. Po prostu nie jest ciekawe. Tak samo, jak po przylocie, nie poczułem, że jestem w jakimś specjalnym miejscu. Kończące się w dziwnych miejscach chodniki, szerokie ulice, nudna i często byle jaka architektura – ciężko powiedzieć abym był pod wrażeniem.

Natomiast to, co faktycznie mnie urzekło, to ilość zieleni w mieście. I to różnego rodzaju: zieleńce, parki we wszystkich rozmiarach i o rożnych przeznaczeniach (ogrody, place rekreacyjne, boiska itp), a także małe udogodnienia w postaci otwartych BBQ, gdzie ludzie w środku tygodnia po prostu robili sobie piknik po pracy. Świetne!

W Auckland planowaliśmy dwa dni zero. Zabukowaliśmy miejsce, gdzie spędziliśmy pierwsze dni w Nowej Zelandii. Tam też zostawiliśmy komputer i parę rzeczy, które chcieliśmy przesłać dalej do Wellington. Doszliśmy do domku i gdy drzwi otworzyła nam gospodyni, była nieco zdziwiona. Okazało sie, że rąbnęliśmy się przy dogadywaniu terminu i przyszliśmy o jeden dzień za wcześnie! Ale nie było z tym większego problemu, więc od razu przeszliśmy do uruchomienia procedury „Zero Day”: prysznic, piwo, dużo pizzy i leżenie na łóżkach.

Następnego dnia chcieliśmy zgrać zdjęcia i filmy, ogarnąć paczki do Wellington i Whakahoro (przed spływem) i dokupić parę rzeczy. Do tego jeszcze uzupełnić Instagrama i bloga, którego zdecydowałem się jednak przetłumaczyć na angielski. No i oczywiście gdzieś w międzyczasie odpocząć… chyba byłem bardziej produktywny niż powinienem być na urlopie.

O Auckland w sumie nie mam aż tyle do powiedzenia. Ot, największe miasto w Kiwilandii, trochę wieżowców, duże i zielone przedmieścia, a mimo to ludzie wyprowadzają się jeszcze dalej na północ. Świetna i dostępna przestrzeń publiczna. Europejskie miasta mogłyby podchwycić ideę szlaków pieszych („walkways”), w nowozelandzkich miastach jest ich dużo i dobrej jakości. W centrum Auckland raczej nie chciałbym mieszkać, ale w jakiejś nadmorskiej dzielnicy z mniejszymi domkami już chętniej. Mógłbym dojeżdżać rowerem wzdłuż plaży i chodzić z psem na spacer po rożnych ścieżkach lub szlakach wśród zieleni.

Południowa część miasta już nie jest tak atrakcyjna. Widać różnice w zamożności mieszkańców. Szlak prowadził także tamtędy. To głównie przemysłowa cześć miasta. Nie szło się tamtędy zbyt przyjemnie. Dużo dróg, brak chodników, intensywny ruch itp. Szlak poprowadził nas dookoła cypla na którym znajdował się Ambury Park, gdzie przekroczyliśmy 600km. Oprócz miejsc do biwakowania znajdowało się tam coś w rodzaju ekofarmy z funkcją edukacyjną. Po krótkim odcinku z dzielnicy Sandringham (ok 10km), gdzie spędzaliśmy dni zero weszliśmy do rzeczonego parku, rozbiliśmy namioty, zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy dalej z jednym lekkim plecakiem. Zrobiliśmy tak dlatego, że nie znaleźliśmy innej opcji na biwakowanie. Przeszliśmy „na lekko” 25km i chcieliśmy wrócić autobusem. Po drodze przechodziliśmy przez oczyszczalnie ścieków, wzdłuż dróg oraz centrum handlowe, gdzie zjedliśmy… uwaga… Pizzę! Pizzy nigdy za mało, zwłaszcza, jak potrzebujesz kosmicznych ilości kalorii. Przeszliśmy koło lotniska obserwując po drodze dziesiątki lądujących kiwilotów. W końcu doszliśmy do przystanku i czekaliśmy na transport. Robiło się już powoli ciemno, a autobus, który miał nas zabrać spowrotem przejechał spóźniony i nawet się nie zatrzymał – „Not In Service”… Usiedliśmy na krawężniku i czekaliśmy na kolejny. Po około pół godziny na horyzoncie pojawił się następny. Zatrzyma się? Tak! Uradowani weszliśmy do autobusu, kupiliśmy bilety i dojechaliśmy. Ale… nie tam gdzie chcieliśmy… To znaczy jeszcze nie. Autobus zakończył kurs wcześniej niż się spodziewaliśmy. Pogadaliśmy z kierowcą, a ten poszedł do kumpla w autobusie dalej, wytłumaczył mu sytuację i ten drugi kierowca nas zawiózł tam gdzie chcieliśmy. Człowiek o znacznej tuszy, emigrant bodajże z Malezji, ledwo czytał po angielsku, ale wystarczyło żeby prowadzić autobus. Przemiły gość, chętnie rozmawiał mimo późnej godziny.

W całkowitej ciemności udało nam się dojść do namiotów. Po drodze oczywiście gdzieś źle skręciliśmy więc nadłożyliśmy troszkę czasu, ale całe szczęście niewiele. Rano okazało się, że obok nas biwakowała Katrina, którą zgubiliśmy gdzieś 150km wcześniej. Myśleliśmy że po naszych kilku dniach przerwy na Govan Wilson Rd i Auckland jest dużo przed nami. Okazało się, że też miała jakieś dolegliwości, a poza tym jej rodzice mieszkają w Auckland więc zatrzymała się u nich na chwilę. Po krótkiej pogawędce spakowaliśmy się i wyszliśmy w stronę przystanku autobusowego. Chcieliśmy wystartować tam, gdzie poprzedniego wieczora skończyliśmy. Kierunek – Hamilton!

Zostaw odpowiedź