comment 0

Nudy w dobrym towarzystwie

Opuściliśmy Auckland. Pewnie na zawsze. Od teraz idziemy naprawdę w nieznane, bo po drodze nie mamy już żadnego miejsca, w którym byliśmy wcześniej. Od Hamilton dzieliła nas spokojna droga, pozbawiona dzikich lasów, rzek i uporczywych pływów. Ot, takie tam przejście. Ale to nie znaczy, że żadne przygody nas nie spotkały! Wręcz przeciwnie. Pewnie czytaliście mój poprzedni post pt. „Ludzie”. Kontynuując wątek mieszkańców Nowej Zelandii, opiszę w tym poście kilka kolejnych dni drogi do Hamilton, które nie zaskoczyły nas widokami, a ludźmi.

Dzień pierwszy

Wysiedliśmy z autobusu. Jak pamiętacie z ostatniego wpisu, musieliśmy rozbić obóz trochę wcześniej, przejść 25km „na lekko” i wrócić. Następnego dnia przyjechaliśmy autobusem w to samo miejsce aby kontynuować. Aplikacja, z której korzystamy nie pokazywała żadnego obozowiska przez kolejne 77km… trochę dużo jak na jeden dzień. Musieliśmy coś wykombinować. Poszukałem w notatkach, czy na pewno nie ma czegoś po drodze. Okazało się, że po 25km jest jakiś kemping Ramarama. Co prawda musieliśmy się kawałek wrócić po przekroczeniu autostrady, ale to jedyne rozwiązanie.

Ale czy na pewno? Zdarza się, że ktoś zatrzymuje się, aby nas podrzucić. Ludzie, widząc nas z plecakami chętnie oferują pomoc. Jeżeli jesteśmy na szlaku to dziękujemy i odmawiamy. Tym razem nie chodziło do końca o podwózkę. Szliśmy ruchliwą drogą, gdy nagle na pobocze zjechało ciemne BMW. Kierowca (był z synem) opuścił szybę i spytał, czy idziemy Te Araroa. Odpowiedzieliśmy twierdząco. Spytał gdzie nocujemy. Tam i tam. „Tam i tam” jest chyba nie po drodze, co? Mówi, że ma wolny pokój. Porozumiewawcza wymiana spojrzeń z Michałem. Ok, bierzemy. Podrzucić? Nie, dojdziemy sami. Dostajemy adres i idziemy dalej. Kurde. Właśnie zaczepił nas randomowy koleś i zaoferował nocleg. Nie bardzo wiedzieliśmy co z tym zrobić, ale nauczeni gościnnością Kiwi zaufaliśmy człowiekowi w ciemnym BMW.

Robiło się późno. Szliśmy cały czas szosą. W końcu odszukaliśmy adres i weszliśmy na posesję. Zbliżając się do domu zauważyłem, że w otwartym garażu stoją same BMW. A na trawniku pod domem kolejne. I obok nich jeszcze więcej. Chyba jesteśmy w dobrym miejscu. Z werandy zszedł człowiek o znajomej twarzy. Uśmiechał się od ucha do ucha. Chyba faktycznie na nas czekał. Przedstawił się jako Brent. Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym zostaliśmy zaproszeni do domu. Pogadaliśmy chwilę, Brent przedstawił nam swoją żonę Suzanne i dzieci, po czym pokazał pokój.

– Chodźcie, czekamy u góry z obiadem. Kiełbaski z grilla są już gotowe.

Wow! Nocleg w łożku i rodzinny obiad! Tego się dzisiejszego (pozornie nudnego) dnia nie spodziewaliśmy. Szybko wzięliśmy prysznic. W końcu nie wypada w takim spoconym stanie zasiadać do stołu. Odświeżyliśmy się i zajrzeliśmy na piętro. Faktycznie, szykowali się do obiadu i specjalnie na nas czekali… Były kiełbaski, ziemniaki kumara, gotowana kukurydza i sałatka z zieleninką. Odmówiliśmy dziękczynienie i zjedliśmy. Potem wpadł kolega Brenta i wypiliśmy po piwie podjadając chipsy. Rozmawialiśmy o szlaku, o drzewach kauri, o okolicy, o Nowej Zelandii, o różnym pochodzeniu Kiwi. Było naprawdę przyjemnie.

Zaczęło wiać. Spodziewaliśmy się dużej ulewy tego wieczora, trochę mieliśmy stracha, że nie zdążymy dojść przed deszczem. Na szczęście się udało i teraz mogliśmy obserwować burzę z bezpiecznego miejsca. Rano zostaliśmy poczęstowani śniadaniem. Była sobota, a my zwijaliśmy się wcześnie. Dostaliśmy owsiankę, tosty i kawę albo herbatę. Wpisaliśmy się do książki, syn Brenta i Suzanne zrobił nam pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Nie chcieli pieniędzy, ale jeżeli możemy im jakoś podziękować to chociaż biorąc z nich przykład i mówiąc Wam o tym, że są na świecie dobrzy ludzie, którzy bezinteresownie pomagają innym.

Dzień drugi

Ruszyliśmy w stronę oddalonego o 30km Mercer. Nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Czekało nas chodzenie po drogach. Dużo. Po niektórych chodzi się przyjemnie, a po innych nie. Niestety kierowcy w NZ jeżdżą koszmarnie jeżeli chodzi o wymijanie pieszych… Pół metra to nie jest bezpieczna odległość moi drodzy. Tym bardziej jak po drugim pasie nic nie jedzie, a my mamy pobocza tyle co kot napłakał. Wypadałoby chociaż zwolnić! Dość narzekania, wróćmy do tematu.

Szliśmy drogami. W pewnym momencie musieliśmy odbić na polną ścieżkę. Czekaliśmy z utęsknieniem na koniec zmagań z samochodami i ciężarówkami. Ech, jak bardzo się zawiedliśmy, gdy polna ścieżka okazała się wydeptaną przez bydło jedną wielką okazją do skręcenia kostki… Na domiar złego obserwowaliśmy jak z gór schodzi burza. A my na otwartym polu. Świetnie.


Przyspieszyć i skręcić nogę, czy zwolnić i dać się trafić piorunowi? Nie wiem, co lepsze. Szliśmy dalej. Przed nami widać było deszcz. Kolejny dylemat. Przejdzie przed nami, czy nas zmoczy? Spieszyć się i uciekać przed burzą, ale wpakować się w deszcz ze skręconą kostką, czy zwolnić aby przedmuchało deszcz, ale dać się trafić? Ileż dylematów i decyzji do podjęcia, ileż rozterek i niepewności! Szliśmy dalej. Nikt nie skręcił kostki, nikogo nie trafił piorun, ulewa przemoczyła nas obu – do suchej nitki. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ale czekało nas jeszcze parę kilometrów ścieżką przez krzaki wzdłuż autostrady. W końcu doszliśmy do Mercer. Nasza miejscówka to bar, na tyłach którego miał być kemping. Lokal był prowadzony przez niejaką Sonję, która jest zafascynowana szlakiem i tymi, którzy podejmują się jego przejścia. W barze były zdjęcia hikerów i książka wpisów, a także kilka albumów o szlaku. Michał jak zobaczył zdjęcia z Wyspy Południowej to mimo strudzenia stwierdził, że czuje motywację i chce iść dalej i robić takie foty.

Sonja udostępniała ludziom idącym TA kemping za darmo, a dodatkowo do dyspozycji był prysznic i pralka. W ramach podzięki zamówiliśmy sobie po burgerze i piwie. Było warto! Typowy kiwiburger jest z burakiem. I ten taki właśnie był. I uważam, że to zarąbisty dodatek! Kropka. Wracając do tematu: nie daliśmy się namówić na karaoke i poszliśmy spać.

Dzień trzeci

Rano wyruszyliśmy do Rangiriri. Znów nie mieliśmy zbytnio wyboru, ale to miejsce zapowiadało się w porządku. Tego dnia mieliśmy do przejścia ok. 27km. Szlak wiódł nas wzdłuż rzeki Waikato. Najpierw jednak musieliśmy przejść przez wzgórze, które zastaliśmy w towarzystwie porannej mgły.


Cały dzień wzdłuż rzeki, spokojna trasa w pięknej pogodzie. Słońce grzało wręcz niemiłosiernie. Aż nie chciało się iść. Szliśmy ścieżką, a z oddali dochodziły nas dźwięki silników. Gdzieś przez krzaki zaczęliśmy powoli dostrzegać śmigające maszyny i dużo kurzu. Okazało się, że za Meremere jest tor wyścigowy, a tam otwarta impreza. Zdecydowaliśmy się zajrzeć. Było tam kilka torów i co jakiś czas ścigały się inne samochody. Ale jakie to były wozy! Wypatroszone karoserie po starych Corvettach z wielkimi spoilerami i masa innych. Ludzie ścigali się w rożnych kategoriach. Weszliśmy na trybuny, wcześniej zaopatrując się we frytki. Od komentatora usłyszeliśmy powitanie, odmachaliśmy i zasiedliśmy.

Było tak gorąco, że zamiast iść zabawiliśmy tam chwilę. Jeden wyścig, potem następny, a może jeszcze jeden… Było ciekawie, niektórzy naprawdę dobrze jeździli. Komentator co chwila przypominał ludziom o smarowaniu się kremem z filtrem. Niektórych nawet wołał po nazwisku. Widać, że to lokalna impreza i ludzie się znają. W końcu zdecydowaliśmy, że jednak czas iść. Komentator przez mikrofon podziękował nam za wizytę i życzył miłej dalszej wędrówki.

Polna droga na wale, cały czas wzdłuż rzeki doprowadziła nas w końcu do Rangiriri. Była niedziela. Nocleg miał być za koha (donację) na zapleczu „pieshop’u”, który prowadziła niejaka Kathy. Znaleźliśmy kawiarnię, wszystko było zamknięte. W ogrodzie trwała jakaś impreza, chyba rodzinny obiad. Zapuściłem żurawia przez bramkę domagając się uwagi. Podeszła pewna starsza pani. Zapytałem o Kathy i pole namiotowe. Odpowiedziała, że to obok i spokojnie możemy się rozbić na tyłach. Po jakimś czasie doszedł do nas pewien Brytyjczyk mieszkający w Auckland, który towarzyszył nam przez jakiś czas na szlaku. Podczas gdy gotowaliśmy obiad zauważyliśmy, że do płotu podeszły dzieci z czymś zawiniętym w srebrną folię. Okazało się, że maoryska rodzina chciała podzielić się z nami swoim obiadem. A co ważniejsze, w tym celu wysłała do nas dzieci. To przemiły gest z ich strony. Każdy z nas dostał porcję hangi – to tradycyjny maoryski sposób przyrządzania potraw w piecu wykopanym w ziemi. Na danie składa się mięso, kawałki dyni i słodkie ziemniaki kumara. To też było w zawiniątku.

Na koniec dzieci przyniosły nam jeszcze po kawałku brownie. To niesamowite, znów ktoś po prostu się z nami podzielił jedzeniem. Nie ukrywam, że po tych wszystkich doświadczeniach z nowozelandzką gościnnością trochę przeczuwałem, że coś takiego może się wydarzyć, ale to nie ma znaczenia. Nie oczekiwałem tego. Co więcej słyszałem, że ten region nie należy do najzamożniejszych. Jednocześnie ci ludzie dają taki piękny przykład dobroci i altruizmu. Jestem pod wrażeniem!

Dzień czwarty

Rano się nie spieszyliśmy. Usiedliśmy sobie przy stoliku, po jakimś czasie podeszła do nas pewna pani. Przedstawiła się jako Kathy, właścicielka miejsca, gdzie obozowaliśmy. Pamiętałem z notatek, że robi świetne „pies” (nie wiem jakie jest polskie tłumaczenie tego słowa, albo polska nazwa tego przysmaku). Zapytała, czy chcemy spróbować. Szczerze mówiąc liczyłem na to pytanie, bo jak poprzedniego dnia zobaczyliśmy, że jest zamknięte to się trochę zawiedliśmy. Michał wziął z jabłkiem, a ja z jagnięciną. Jakie to było wyśmienite! Wziąłem jeszcze kawę i miałem genialne śniadanie. Wrzuciliśmy coś do puszki na donacje, wpisaliśmy się do księgi gości i ruszyliśmy do Huntly – miejscowości o kiepskiej reputacji wśród napotkanych ludzi.

Dzień piąty

Na początek to, co słyszeliśmy: w Huntly nikt nie kupuje domów, ludzie są nieprzyjaźni, należy pilnować rzeczy, bo kradną, a przed samym miasteczkiem są groźne psy i lepiej mieć przygotowane kamienie albo w razie czego użyć kijków. Pierwsze okazało się nieprawdą, gdy zobaczyłem na jednym z pierwszych domów tabliczkę z napisem „Sprzedane”. I nie był to jedyny dom. Drugie okazało się nietrafione, bo ludzie witali się z nami, a jak tylko doszliśmy do pola kempingowego to od razu ktoś kto tam był z uśmiechem nam wszystko wytłumaczył co i jak, mimo, że właścicielki nie było na miejscu. Nikt nas też nie poszczuł psami, a czwartego nie sprawdziliśmy. Po prostu nikt nam nic nie ukradł. Ponoć w regionie biali farmerzy są bogaci, a Maorysi klepią biedę i nie są zbyt przyjaźnie nastawieni do turystów. Jednak nic nam się nie stało i nic nie zginęło. Pewnie jest w tym wszystkim trochę prawdy, ale ja osobiście niczego złego nie doświadczyłem. Było spoko.

Dzień szósty

Następnego dnia czekał nas długi odcinek do Hamilton. Prawie 40km. Musieliśmy się przebić przez Hakarimata Range, co oznaczało wspinaczkę 350m w górę. Po zejściu zrobiliśmy sobie przerwę w Ngaruawahia i kontynuowaliśmy wzdłuż rzeki. Szliśmy drogami, obok pół golfowych, a w miarę jak zbliżaliśmy się do miasta weszliśmy na przygotowaną ścieżkę wzdłuż brzegu. Mieliśmy widok na bogate domy po drugiej stronie rzeki. Przez Airbnb zabukowaliśmy nocleg. Do Hamilton dotarliśmy późno, a zanim się zameldowaliśmy wstąpiliśmy jeszcze do indyjskiej knajpy na obiad. To był długi dzień. Dwa następne miały być wolne od chodzenia.

Odcinek miedzy Auckland i Hamilton początkowo zapowiadał się nudnawo. Drogi, pola, mało zróżnicowany krajobraz. Miałem opisać wszystko w jednym poście aż do Waitomo. Jednak w miarę pisania przypomniałem sobie tyle rożnych rzeczy, którymi chciałem się podzielić, że chyba będę musiał skończyć tutaj. Nie wiem, czy już o tym pisałem czy nie, ale mówi się, że na Wyspie Północnej doświadcza się i poznaje ludzi, a na Wyspie Południowej krajobrazu i natury. To co się wydarzyło między Auckland i Hamilton w pełni to potwierdza. A ja cieszę się, że spotykamy tak dobrych ludzi na naszej drodze.

Zostaw odpowiedź