comment 0

Mały człowiek, wielka wędrówka

Czym jest ta cała wędrówka? Co mi daje? Gdy w 2017r. pojechałem do Hiszpanii aby przejść szlak Camino Primitivo, nie przywiozłem ze sobą żadnych oczekiwań. Chciałem po prostu odpocząć po latach intensywnych studiów i pracy. Jedynym planem było dostać się do Oviedo i stamtąd przejść pieszo do Santiago De Compostela.

Pojechałem tam sam. Rozpocząłem pełen sił. Z czasem zacząłem odczuwać bóle w nogach, pojawiły się duże odciski, spuchła mi kostka, miałem problemy z chodzeniem.

Na szlaku spotykałem innych ludzi. W pewnym sensie nie byłem sam. Każdy z nas zmagał się z tymi samymi problemami: bóle, odciski, zmęczenie, trud szlaku. Jednak każdy wstawał rano, zakładał buty i szedł dalej – aż do Santiago De Compostela. Gdy w końcu wszedłem do miasta poczułem się trochę jakbym był w Niebie – świeciło słońce, czekało na mnie łóżko i dobre jedzenie, widziałem innych ludzi, których gdzieś zgubiłem na szlaku i miałem w sobie jakieś uczucie spełnienia. Do tego stopnia, że się trochę popłakałem. Nie wiem czemu, ale miałem mokre oczy – to była specjalna chwila.

Gdy wróciłem do domu zastanowiłem się nad tym. Pomyślałem sobie, że to trochę jak w życiu – rodzisz się pełen ciekawości, po jakimś czasie kończy się beztroskie dzieciństwo, dopadają jakieś rozterki życiowe, bóle, itp. Spotykasz na swojej drodze różnych ludzi – z jednymi się jeszcze zobaczysz, zbudujesz przyjaźnie, z innymi już nie, a jeszcze inni Cię denerwują i wolisz ich unikać. Ale jedno nas łączy – co rano wkładamy buty, bierzemy plecak i wszyscy idziemy tym samym szlakiem życia. Z takimi, czy innymi problemami, motywacjami, oczekiwaniami i powodami. I każdy ma na końcu jakieś swoje Santiago. Wtedy zrozumiałem o co chodzi w pielgrzymowaniu.

Właśnie o drogę. Nie o cel. On jest po to, aby mogła być droga. Gdy osiągnę cel, to uczucie jakie mi towarzyszy jest bardzo ulotne. Natomiast doświadczenie przebytej drogi zostaje na długo. I dla mnie jest więcej warte, niż sam cel. Wtedy więcej się uczę o sobie, o innych, o świecie. I daje mi to niesamowitą satysfakcję.

Dlaczego o tym piszę? Szlak jest taką właśnie drogą, która pozwala mi spojrzeć na życie z innej strony. Może powiesz, że je sobie utrudniam – pozbywam się komfortu, uzależniam się od pogody. Ja Ci odpowiem, że je upraszczam – pozbywam się nadmiaru rzeczy, biorę tylko to, co niezbędne i idę w drogę. Moje podstawowe zmartwienia to woda, jedzenie i schronienie. I w zasadzie wokół tego kręci się cała reszta.

Takie zminimalizowanie codziennych potrzeb pozwala oczyścić głowę i otworzyć się bardziej na świat. Camino to były najbardziej relaksujące wakacje jakie pamiętam. Mogłem w końcu pomyśleć o sprawach, o których nie miałem czasu pomyśleć wcześniej i przestać myśleć o tych, o których myślałem za dużo. Mogłem skupić się na swoich słabościach, zrobić „krok w bok” i się nad nimi zastanowić. Tam też nauczyłem się jednej ważnej rzeczy: mam dwie nogi i one zabiorą mnie tam, gdzie tego potrzebuję. Muszę tylko podjąć decyzję: iść. Ta myśl dała mi dużo swobody w kontekście brania sprawy we własne ręce (tudzież nogi).

No więc co mnie pchnęło żeby wybrać się na Te Araroa? Trzeba chyba być nieźle rąbniętym, żeby odrzeć sie z komfortu, pojechać na koniec świata, iść 3000km, narażać się na kontuzje i inne niebezpieczeństwa, przebijać się przez uciążliwe błoto, rzeki, pastwiska, gęste dżungle, strome góry, nudne plaże i czerpać z tego jakąś radość. I jeszcze za to płacić? A jednak. To właśnie ta nieprzewidywalna pogoda, mokre skarpety, które znowu muszę założyć, nuda i zachwyty, trud i zmęczenie, radość i smutek – one budują charakter. To jest doświadczenie.

Postawiłem przed sobą wyzwanie. Trudne wyzwanie. Ale chyba bardziej z ciekawości, niż konieczności udowodnienia sobie czegoś. Owszem, przyjmuję możliwość porażki. To powoduje, że myślę bardziej racjonalnie. Zawsze jest możliwość porażki – czy mi się to podoba, czy nie. Taka jest prawda i koniec. Im szybciej to zaakceptuję, tym lepiej. Pozwala mi to także bardziej cieszyć się podróżą, czyli drogą. Dzięki temu nie dążę ślepo do celu, tylko obieram najlepszą trasę, daję sobie czas na decyzje i dbam o to, aby to droga była najważniejsza, a nie cel. Nie chodzi o to, aby przejść szlak jak najszybciej, ale jak najlepiej. Tak samo z życiem – jak najpełniej, w swoim tempie: „Hike your own hike”.

Myślę, że daje mi to jakiś wewnętrzny spokój i szczęście. Jestem raczej opanowanym człowiekiem, trudno jest mnie wytrącić z równowagi. Cieszę się z tego, co mam i z tego co robię – nie żałuję niczego – jeżeli czuję, że podjąłem złą decyzję, staram się szybko wyciągać wnioski. Wydaje mi się, że to zadowolenie z życia jest moim największymi osiągnięciem. I myślę, że szlaki mi w tym jakoś pomogły.

Mały człowiek, wielka wędrówka – dlaczego akurat taki tytuł wybrałem? Szlak, którym idę jest bardzo długi i wymagający. Bywa, że jestem wystawiony na pastwę sił natury i to pokazuje mi jaki jestem mały. Z jednej strony, po przejściu ponad 1000km czuję się wielki, niezwyciężony, niczym nieograniczony. Szedłem po błocie, buszu, rzekach, drogach, pastwiskach, w deszczu, burzy i upalnym słońcu, będąc zdrów i w pełni sił, oraz chorym i osłabionym. Co ma mnie pokonać?

A potem przychodzi moment, gdy wspinam się na wulkan i przechodzę przez kratery, gdzie wiatr wieje z prędkością 100km/h, pokazując mi, że może mnie zdmuchnąć w każdej chwili, a ja resztkami sił próbuję wręcz czołgać się po wulkanicznym pyle, który mam już w nosie, w oczach i we włosach. I nic nie mogę zrobić. Musze przetrwać i zdać się na łaskę wiatru, bo albo pozwoli mi iść albo dowali podmuchem i wyczerpie do zera.

Takie doświadczenia pokazują, że mogę czuć się wielki stawiając przed sobą wyzwania i je wypełniać z mniejszym lub większym trudem, ale czasem przychodzi moment, który pokazuje mi jaki jestem mały i słaby. Jest to dla mnie o tyle ważne, że nabieram zarówno pewności siebie, jak i równolegle pokory wobec życia.

Tak samo pomyślałem sobie pewnego razu idąc drogą, jaki to jestem super, że przeszedłem ponad 1000km pieszo. Już sobie wyobrażałem jak znajomi przychodzą z pytaniami, po porady, słuchają jak rzucam różnymi mądrymi i życiowymi sentencjami itp. I zaraz potem klepnąłem się w czoło. Pojawił mi się w głowie obraz nauczyciela i ucznia. Uczeń po jakimś osiągnięciu tak się sobą zachwycił, że stwierdził iż wystarczy mu nauki i już wszystko wie co ma wiedzieć. To ja byłem tym uczniem. I zaraz potem, jak klepnąłem się w czoło musiałem w sobie obudzić tego nauczyciela i zdyscyplinować ucznia – jeszcze nie! Masz przed sobą prawie 2000km, nie jesteś nawet w połowie! I tym samym dałem sobie lekcję pokory. Udało mi się coś osiągnąć i dobrze mi idzie. Ale to jeszcze nie koniec wędrówki. Nie sztuką jest odejść w połowie. Chcę dojść do końca i spojrzeć te 2000km wstecz. Chętnie jeszcze wrócę do tych przemyśleń…

Zostaw odpowiedź