komentarz: 1

Ludzie

Na szlaku spotykamy wiele osób. Jedni wędrują razem z nami, innych spotykamy tylko raz, aby przekonać się o ich uprzejmości i gościnności. To jest właśnie urok Północnej Wyspy – możliwość doświadczenia innych osób. Po miesiącu w kraju długiej białej chmury jesteśmy coraz bardziej zadziwieni jak spontanicznie ludzie potrafią sobie pomagać. Nie chodzi tylko o Kiwi.

Wyruszylismy dość wcześnie, ponieważ mniej więcej o tej samej porze z domu wyjeżdżał Matt. Chcieliśmy jeszcze się z nim pożegnać i podziękować. Z Jasmijn pożegnaliśmy się dzień wcześniej. Zapukaliśmy do domu, kawa i herbata już na nas czekały. Matt pojechał na rynek, a my w podzięce za okazane nam serce i pomoc zostawiliśmy na stole wino z krótkim listem. Kto wie, może kiedyś się jeszcze spotkamy?


Pogoda ewidentnie się poprawiła. Byliśmy pewni, że na szczycie nie złapie nas ulewa i czuliśmy się znacznie bezpieczniej. W lesie było nieco błota, ale im bardziej zbliżaliśmy się do autostrady SH1 tym lepsza była jakość szlaku. Zamiast błota pojawił się twardy żwir, a ciężkie zejścia zostały ubrane w schody. Przejście lasu zajęło nam o godzinę mniej niż zakładały notatki do szlaku (Trail Notes). Po drodze przechodziliśmy przez znany już nam krajobraz: szutrowe drogi, las i pastwiska – to był przyjemny odcinek.

Wieczorem dotarliśmy do Nanekoti Farmstay, gdzie właścicielami było starsze szwajcarskie małżeństwo z Lucerny. Pomagał im młody Francuz, który pracował w ramach „woofingu”. To popularny sposób zwiedzania niektórych krajów przez młodych ludzi – pracujesz 4h dziennie na farmie w zamian za wikt i opierunek. Dzięki temu odpadają koszty życia, a resztę czasu możesz poświęcić na zwiedzanie. Dodatkowym atutem jest to, że możesz lepiej poznać lokalsów. Po kilku, kilkunastu dniach przenosisz się na inną farmę.

Na posiadłość składały się dom oraz stodoła, a także pies, który w nieskończoność chciał aportować, co wydłużyło czas rozkładania namiotów… Na parterze stodoły była część magazynowa i łazienka, a na poddaszu zorganizowano przestrzeń mieszkalną z aneksem kuchennym i trzema pokojami. Zrobiliśmy sobie obiad i poczęstowaliśmy się owocami z koszyka. Gospodarze mają także kozy, a z ich mleka robią sery. Gdybyśmy następnego ranka nie wychodzili tak wcześnie moglibyśmy ich spróbować…

Dzień zaczął się bardzo przyjemnie. Zaczęliśmy od wspinaczki na 330m. Pogoda była obiecująca, a my mieliśmy dobre tempo na poziomie 4,5km/h, co pozwoliło nam pokonać pierwszy etap bardzo sprawnie. Po zejściu z pastwisk weszliśmy do lasu, do którego prowadziła linowa kładka.


Sam las początkowo przypominał nam Polskę. Te same drzewa i świergot ptaków. Później jednak zmienił się w typowy nowozelandzki busz. Na szczęście było to niezbyt daleko od Puhoi, a z naszych wcześniejszych obserwacji wynikało, że trasy bliżej miejscowości są dobrze przygotowane – tak też było i tym razem.

W końcu zeszliśmy ze wzgórza i dotarliśmy do Puhoi. Z góry widzieliśmy, że coś sie dzieje przy lokalnym barze bo dookoła stało wiele motocykli i oldtimer-ów. Od tego momentu szlak zakładał krótki spływ kajakowy, w związku z czym zadzwoniłem wcześniej do trzech wypożyczalni z pytaniem jak wygląda ten etap. Jak się okazało, spływ był możliwy tylko podczas przypływu, na który się spóźniliśmy. Gdybyśmy jednak chcieli płynąć następnego dnia, koszt wypożyczenia kajaka na 3-4h to 100$… Ani nie chcieliśmy czekać do następnego dnia, ani nie chcieliśmy patrzeć jak sto dolców w cztery godziny odpływa w siną dal zostawiajac po sobie jedynie błoto. W związku z tym, po krótkiej przerwie na lunch postanowiliśmy złapać stopa do Wenderholm. Zdecydowaliśmy też, że jednak nie będziemy tam obozować i pójdziemy 10km dalej do miejscowości Orewa.

Podczas gdy staliśmy na poboczu szukając podwózki (od czasu do czasu oglądając się za pięknymi muscle carami), podszedł do nas pewien chłopak, który akurat zbierał sie do odjazdu. Wytłumaczył się, że zabrałby nas, ale ma zawalony bagażnik. Trochę nas to zdziwiło, że podszedł tylko po to, aby wytłumaczyć się z braku miejsca w aucie, ale to jednak milo z jego strony. Chyba nie chciał czuć się winny. Po dłuższej chwili zagadał nas starszy pan i zaoferował podwózkę prosto do Wenderholm. Starsze małżeństwo znało szlak, więc ucięliśmy sobie w samochodzie krótką pogawędkę na ten temat. Wysadzili nas w parku, gdzie kończył się odcinek rzeczny a zaczynał leśny. Mieliśmy przeczucie, że to nie byl ich kierunek, gdyż przyznali, że mieszkają w oddalonym o wiele kilometrów Waipu. Podrzucili nas 6km ot tak, żebyśmy nie musieli iść autostradą. Kiwi są przemili! Oni zostali na lody, a my poszliśmy dalej. W parku znów natknęliśmy się na zlot oldtimerów (ech…), ale oparliśmy się pokusie i poszliśmy dalej.

Kolejny odcinek pokonaliśmy pełni optymizmu i sił. Trud wspinaczki na klif został zrekompensowany pięknymi widokami.

Jednak znacznie ciekawsza część czekała na nas zaraz po zejściu. Szlak powiódł nas wzdłuż wybrzeża pod klifami.


Ten odcinek trzeba było pokonywać w trakcie odpływu, gdy woda odsłania wtedy skalny bohomaz i spokojnie można przejść aż do plaży w Orewa. Tym razem odpływ zdecydowanie zadziałał na naszą korzyść! Skalne dzieła sztuki zrobiły na nas niesamowite wrażenie.

Choć byliśmy tam koło 16.00 to mimo zmęczenia i tak czerpaliśmy przyjemność z pięknego otoczenia. Nie obyło się bez kilku przerw na fotografie. Krajobraz był po prostu fantastyczny.

Po zejściu ze skał ostatni dystans pokonaliśmy idąc przez miasto i plażę (ech, te plaże…). W Orewa Top10 Holiday Park byliśmy dość późno. Gdy tylko znaleźliśmy swoje miejsce padliśmy na trawę. Pomyślałem sobie, że w sumie należy nam sie po browarze. Gdy tylko powiedziałem, że mogę się jeszcze przejść szybko do sklepu i coś ogarnąć podszedł do nas pewien młody Holender i widząc nasze zmęczenie wyciągnął dwie butelki piwa mówiąc:

– Macie chłopaki, wyglądacie na zmęczonych. Należy Wam się!

Dzięki stary! Tak, to był dobry dzień. Porozmawialiśmy trochę z naszym piwnym wybawcą, po czym uruchomiliśmy schemat typowego wieczoru: rozbiliśmy namioty, porozciągaliśmy się, wzięliśmy prysznic, zrobiliśmy obiad, ogarnęliśmy bloga i wybraliśmy zdjęcia na Instagrama (mamy nadzieję, że nas tam obserwujecie – link jest u dołu strony). To był długi dzień, ale bardzo udany. Oby tak dalej!

Zostaw odpowiedź