comment 0

Błotny pagórek

W Hamilton zatrzymaliśmy się na dłużej głównie z powodów organizacyjnych. Nie potrzebowaliśmy odpoczynku, jeszcze mieliśmy siły z Auckland. Czekaliśmy na paczkę z kilkoma rzeczami, które zamówiliśmy wcześniej na poste restante, a także chcieliśmy wybrać się do Hobbitonu.

Nocleg zabukowaliśmy online przez znany serwis, mieliśmy do dyspozycji duży pokój, a gospodyni chyba czasem nie ogarniała co się dzieje w jej domu. Rano pojechaliśmy do centrum sprawdzić co z paczką, gdyż aplikacja NZ Post wyświetlała mi od kilku dni, że cały czas czeka na lotnisku w Auckland. Rozumiem opóźnienia w związku ze Świętami, ale my zdążyliśmy dojść z Auckland na piechotę, podczas gdy kurierzy nie dali rady dowieźć paczki samochodem… na poczcie dowiedzieliśmy się, że powinna być w ciągu dwóch dni, a jak nie to niestety dopiero w przyszłym tygodniu. No cóż, trudno.

W związku z tym, że i tak musieliśmy poczekać na paczkę, podjęliśmy decyzję, że pojedziemy do Hobbitonu. Próbowaliśmy wcześniej zarezerwować bilety, ale niestety nic wolnego nie było. Na szczęście na następny dzień były miejsca więc szybko je ogarnęliśmy. Plan filmowy był oddalony od Hamilton o kilkadziesiąt kilometrów. Był w środku niczego, a my z oszczędności wybieraliśmy się tam autostopem. Tym razem się przygotowaliśmy i ogarnęliśmy kartonik z napisem, gdzie chcemy sie dostać. Kilka jazd (a na ostatniej prostej taksówka) i w ostatniej chwili dotarliśmy na miejsce. Odebraliśmy bilety i ustawiliśmy się w kolejce do autobusu. Przed nami Chińczycy, Hindusi, Chińczycy i Chińczycy. Z przodu stali jeszcze jacyś Chińczycy, ale poza nimi cała reszta to Chińczycy. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Powitała nas młoda przewodniczka, która co chwila rzucała jakieś żarty dla turystów (pewnie setny raz w tym tygodniu). Obejrzeliśmy filmik wprowadzający nas do tematu: wypowiedzi Petera Jacksona, scenografów, właścicieli farmy, na której jest Hobbiton itp.


Po kilkunastu minutach jazdy wytoczyliśmy się na plan. Od razu wyrósł las selfie-sticków i kolejki do zrobienia sobie zdjęcia z byle czym. Przypomniałem sobie dlaczego nienawidzę atrakcji turystycznych… Toczyliśmy się z wolna po planie filmowym słuchając przewodniczki i rożnych ciekawostek dotyczących filmu i sposobu kręcenia niektórych scen. Ja raz cieszyłem się z tego, gdzie jestem, a raz żałowałem – ech, „przemysł” turystyczny… Ogólnie mi się podobało, ale uważam, że całość jest zdecydowanie przereklamowana i za dużo kosztuje. Najtańszy bilet kosztował 84$ i obejmował 2-godzinny spacer oraz jedno piwo w hobbiciej karczmie. Jednak chętnych nie brakuje, a kasa już poszła, więc pozostaje mi się jedynie cieszyć, że zaliczone. W mojej ocenie chyba nie było warto.


Wróciliśmy całkiem sprawnie, bo dwoma stopami. Mieliśmy szczęście. Jak tylko para Kanadyjczyków podrzuciła nas do autostrady zatrzymała się pewna starsza pani, która akurat jechała do Hamilton i zawiozła nas prawie pod same drzwi.

Następnego dnia rano ruszyliśmy w drogę. Doszliśmy do centrum, zaszliśmy na pocztę i szczęśliwie okazało się, że paczuszka z prezentami świątecznymi dotarła. Dla mnie przeciwdeszczówka (stara strasznie ciekła), a dla Michała pokrowiec na plecak i spork. Tego dnia nie mieliśmy dużo do przejścia, jedynie 28km do Karamu Valley Lodge. Para starszych Brytyjczyków kupiła tam kawałek ziemi i osiedliła się na starość. Na powitanie zostaliśmy poczęstowani herbatą, usiedliśmy w altanie i pogadaliśmy trochę. Poznaliśmy tam też Irlandczyka Emmeta i Michael’a z Anglii, z którymi później się spotykaliśmy na szlaku. Gdy wyspiarze dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, zaczęli zachwalać robotę naszych rodaków za granicą.

Często z Michałem rozmawialiśmy o tym, czy Nowa Zelandia to dobre miejsce na starość. Podpytałem Paula, gospodarza, jak jemu się tu żyje. Odpowiedział, że na lepsze miejsce nie mógłby sobie pozwolić. Brytyjska emerytura plus dodatkowy dochód z wynajmu chatki i kawałka terenu dla turystów, albo ludzi na szlaku pozwala im się utrzymać na rozsądnym poziomie.

Rano ruszyliśmy w kierunku Pirongia Mountain. Co prawda nazywa się „mountain”, czyli góra, ale starsza pani, która nas podrzucała z Hobbitonu nazwała ją „bump” (wybój) i dopiero na Wyspie Południowej zaczynaja sie góry. Cóż, 959m to dla niektórych może i zbyt wiele, aby nazwać coś górą, ale w kontekście prawie niczego dookoła jednak wyglądała na wysoką. Niemniej, trzeba było się na nią wspiąć, a do trudnej wspinaczki wcale nie potrzeba wysokiej góry. Zaraz za szczytem czekała na nas chatka, gdzie planowaliśmy nocować – to pierwsza na naszym szlaku.

Doszliśmy do kempingu pod samą górą, gdzie zrobiliśmy przerwę na uzupełnienie kalorii. Z lasu wyszedł do nas podpity Kiwi, który gadał, gadał i gadał. Michał zasnął z głową na stole, podczas gdy tamten mówił coś o trudnej wspinaczce, błocie do kolan, że zejście jest jeszcze gorsze itp. Oj tam.

Podejście zaczęło się dość przyjemnie, ilość błota nie przekraczała dopuszczalnej normy. Szło się przyjemnie, nie za stromo, nie za mokro, pomyślałem sobie nawet, że w takim tempie może nawet damy radę spokojnie przeskoczyć szczyt i nocować na dole po drugiej stronie. Jak tylko nabrałem pewności siebie i hasałem w górę, ów „wybój” stwierdził że podkręci atmosferę. Zrobiło się bardziej stromo, a na domiar złego śliskie błoto leżące na kamieniach było zasłonięte trawą i każdy krok wymagał coraz więcej uwagi i wysiłku. Co jakiś czas z błota wylatywał nagle milion much.

Moje hasanie zaczęło mnie powoli wykańczać. Już nie szło tak sprawnie. Brakowało mi energii Musiałem się zatrzymać i zażyć dopalacza – czekolada. To jedyny ratunek. Usiadłem, uspokoiłem oddech, napiłem się wody i dorzuciłem paliwa. Teraz już spokojniejszym tempem wtelepałem się na szczyt. Czekała tam mała wieża, widoczność była idealna.


Musieliśmy jeszcze dojść do pierwszej na szlaku chatki. Okazała się bardzo zadbana i z dużą ilością łóżek. Na zewnątrz było kilka kibelków, umywalka i miejsce do obmycia się z błota. Ładnie to wszystko zorganizowano.

W chatce było całkiem sporo ludzi, także grupka emerytów. Niektórzy wnieśli na górę butelki wina, co dla nas było nie do pomyślenia (oczywiście walka o lekki plecak). Czuć było, że to weekendowe wypady, a na dole czekają na tych ludzi samochody. Muszę jednak przyznać, że byłem pełen podziwu dla krzepkich staruszków, którzy nazajutrz wstali i z uśmiechem na ustach sprawnie pociągnęli dalej. Gratuluję formy i cieszę się, że spędzają czas w taki sposób!

Z chatki musieliśmy jeszcze przedostać się na Hihikiwi Summit. Ścieżka była wyłożona drewnianymi pokładami, więc generalnie szło się dobrze. Potem dopiero zaczęła się jazda! Gość, który straszył nas błotem do kolan wcale nie żartował. Norma błotna została przekroczona conajmniej dziesięciokrotnie! Dopuszczalne odstępy między nieubłoconymi korzeniami nie spełniały minimalnych wymagań! Skandal!

Zejście było trudne i męczące. Całe szczęście, że na dole był strumień, w którym można było się obmyć. Doszliśmy do drogi, pozbyliśmy się błota z kończyn i zalegliśmy na trawie. W międzyczasie dogoniła nas trójka ludzi z lekkimi plecakami, chłopak i dwie dziewczyny. On nie miał na butach ani śladu błota… wskoczyli do samochodu, odpalili muzykę, pogadaliśmy trochę, a potem zwinęliśmy się dalej.

Prognoza na wieczór nie była obiecująca, miało się zachmurzyć i dowalić burzą. Czekała nas noc na dziko, bo aż do Waitomo nie było żadnego kempingu. Szukaliśmy miejsca, które będzie w miarę osłonięte od wiatru i deszczu. Udało się nam rozbić i zjeść jeszcze na sucho. Noc była wietrzna i deszczowa, burzy jednak nie było.

Nazajutrz obudziliśmy się ponad chmurą, widok ze wzgórza był wspaniały. Po drodze spotkaliśmy trójkę Anglików, którzy nocowali na małym wzgórzu, chyba nie brali pod uwagę ewentualnej burzy. Szliśmy lasem, było mokro i od czasu do czasu popadywało. Magia Świąt. Doszliśmy w takim zachmurzeniu aż do Hamilton Tomo Group Hut, klubu lokalnych speleologów eksplorujących słynne jaskinie w Waitomo. Szybki prysznic i łapanie stopa do Otorohanga, gdzie musieliśmy zrobić zakupy na długi czas. Najbliższy market na szlaku był w Te Kuiti, a tam nie dało się tak łatwo dojechać stopem. Następnego dnia było Boże Narodzenie i miał być zamknięty. Potrzebowaliśmy jedzenia na osiem dni. To jak do tej pory najdłuższy okres bez możliwości zaopatrzenia, a wynikało to tylko z faktu, że trafiliśmy na Boże Narodzenie. Szybko udało nam się rozprawić z zakupami, po czym wróciliśmy do Waitomo, zjedliśmy danie dnia w lokalnym barze i wróciliśmy do klubu. Tam spędziliśmy Wigilię, albo przynajmniej dzień, który w „normalnym życiu” jest jakiś specjalny. Towarzyszyli nam Anglicy i Fin, których drogi przetną się z naszymi jeszcze nie raz na tym szlaku.

Zostaw odpowiedź